Ta strona używa polityki Cookies (ciasteczek). polityka cookiesx

Akademia Sztuk Pięknych

Instytut Badań Przestrzeni Publicznej

FELIETON / Zakryć czy zamalować?

Co mniej spostrzegawczy mieszkańcy Warszawy mogli przeoczyć fakt ukończenia prac renowacyjnych Dworca Centralnego.

Odsłonięta konstrukcja obiektu została oczyszczona z wielowarstwowej narośli brudu, która przez lata skrywała faktyczny kształt budynku – ale nie tylko. To, co wcześniej nie rzucało się tak bardzo w oczy, czyli zagarnięcie większej części zewnętrznej elewacji dworca przez banery reklamowe, niespodziewanie przemieniło się w palący problem. W skrócie można to ująć następująco: dopóki jeszcze dworzec był brzydki, reklamy nie przeszkadzały, w pewnym sensie działały może nawet pozytywnie, zakrywając przed widokiem estetycznie kontrowersyjną architekturę – wszyscy do tego przywykli(śmy).

Trudno było nie przywyknąć, skoro publiczna przestrzeń centrum Warszawy to w zasadzie wielomarkowa mozaika billboardów, płacht i banerów, plakatów, neonów reklamowych, miasto-kolaż, które projektują działy promocji największych marek. Ten temat poruszany jest przez media z obsesyjną częstotliwością, zazwyczaj przy skoncentrowaniu się na przykładach najdosadniejszych – dość wspomnieć o niekończących się (i ciągle wybuchających w nowych lokalizacjach) aferach związanych z zasłanianiem budynków mieszkalnych wielkimi płachtami reklamującymi banki bądź nowe odsłony telewizyjnych programów. To walka z wiatrakami: obowiązująca regulacja prawna nakłada co prawda kary pieniężne na właścicieli tego typu reklam, ale są one niewspółmierne do czerpanych zysków. Skutek: powszechna praktyka ignorowania zakazów. Procesy sądowe grożą natomiast nielicznym śmiałkom-lokatorom kamienic, którzy biorą sprawy w swoje ręce (np. wycinają fragmenty płacht zasłaniające ich okna).

Najnowsza odsłona problemu, czyli olbrzymie reklamy H&M zalepiające elewację odnowionego dworca, to nic innego jak bezpośrednia kontynuacja sporu na linii reklamodawcy-mieszkańcy Warszawy. Tym razem jednak reakcja społeczna była zaskakująco wyrazista, przeciwnikom udało się nawet zmusić (albo po prostu zachęcić) do zabrania głosu szefa spółki Dworzec Polski, Jacka Prześlugę. Co znaczące, na Facebooku pojawiła się grupa oprotestowująca obecność reklamy, gromadząca już prawie dwa tysiące sympatyków – warto przywołać początek napisanego przez nich odzewu, układającego się dość przejrzyście w szerzej zakrojony manifest:

Nie chcemy reklamy H&M na elewacji odnowionego Dworca Centralnego. Ani żadnej innej reklamy, wypaczającej odbiór architektury i przestrzeni miejskiej. Chcę, żeby to architektura budowała charakter miasta, nie stojaki na wielkie płachty, nie dmuchane konstrukcje telefonii komórkowych i nie stelaże zachęcające do korzystania z usług banków. Nie chcę, żeby wmawiano mi, że to jedyny sposób na zarobienie pieniędzy dla użytkowników obiektów i finansowanie remontów. Nie chcę, żeby wielkie marki czuły się bezkarne, oblepiając swoimi nazwami każdą pustą przestrzeń miasta. Wydaje mi się, że mieszkańcy wcale nie cierpią na aż tak daleko posunięty horror vacui.

Normą stało się, że na Facebooku oprotestowuje się wszelkie kontrowersyjne wydarzenia, wyraża kliknięciami poparcie dla inicjatyw, petycji czy listów otwartych. W tym wypadku, wyraźniej jeszcze niż w innych, ujawnia się potrzeba dotarcia do ludzi z konkretną informacją i zmobilizowania ich do działań, wprowadzenie w praktykę postulatów, które od lat spotykają się z ignorancją zarządzających miastami władz. Piszą dalej twórcy strony:

Celem tej akcji jest rozniecenie na nowo dyskusji, dla której Centralny jest tylko pretekstem. Lub raczej kroplą, przelewającą czarę goryczy. Skra, Świętokrzyska róg Marszałkowskiej, Nowy Świat róg Świętokrzyskiej, Ściana Wschodnia itd. itd. Czy naprawdę jesteśmy na to skazani? Czy jako mieszkańcy miasta, rodowici lub tymczasowi, nie powinniśmy głośniej krzyczeć, że nie chcemy uczestniczyć w takiej codzienności? Wywierajmy presję, zbierzmy się do kupy i na konkretnym przykładzie wykażmy inicjatywę.

Dotychczas przeciwnicy wszechobecności reklam w sferze publicznej posługiwali się przede wszystkim argumentem o szkodliwości tak daleko posuniętej komercjalizacji przestrzeni miejskiej, wywołującej (poniekąd słuszne) wrażenie, że określone produkty nie dość, że mizdrzą się do przechodzących, zohydzając miasto kolorową papką brandów, to w dodatku stają się reklamą totalną – agresywną, krzykliwą, jednocześnie kłującą w oczy i niezauważalną, pomijaną, zlewającą się z innymi. Podobieństwa z wizjami filmowców science-fiction w pełni uprawnione; co więcej, na poziomie etycznym jest to praktyka nie mniej dyskusyjna, bo dostęp do owej „wytworzonej” (czyli np. do elewacji śródmiejskich kamienic) przestrzeni reklamowej zależy tylko i wyłącznie od czynników finansowych. Przemiana „miasta – przestrzeni dla ludzi” w „miasto – przestrzeń dla konsumentów” to jedna rzecz, zupełnie inną jest wyrażony (choć nieexplicite) w cytowanym powyżej manifeście sprzeciw wobec wstydliwego milczenia społeczeństwa. Wybija się hasło-pytanie: „czy […] nie powinniśmy głośniej krzyczeć, że nie chcemy uczestniczyć w takiej codzienności?”, innymi słowy: jesteśmy mieszkańcami miasta (co więcej, doprecyzowano: niezależnie czy rodowitymi oraz tymczasowymi) i nie musimy godzić się z zawłaszczaniem tegoż miasta.

Istnieje barwna alternatywa dla społecznej bezczynności w tym zakresie, korzystająca z środków partyzanckich i wpisująca się w tradycje prawie że rewolucyjne. Co pewien czas we Francji robi się głośno o działalności grupy Déboulonneurs, a dokładniej, o aresztowaniach jej członków przez paryską policję. Ruch powstał w roku 2005, przyjmując oblicze nieformalnego ugrupowania antyreklamowego o dość skrajnym nastawieniu, zakładającym, że aby odzyskać skonfiskowaną (przy milczącej akceptacji władz) przestrzeń publiczną, niezbędne są zdecydowane kroki. Déboulonneurs, czyli w wolnym tłumaczeniu „Demaskatorzy” (fr.déboulonner – rozmontowywać, demaskować, oczyszczać), zwracają uwagę na agresywność rynku reklamowego, symbolizowaną przez wszechobecność billboardu, który całkowicie „monopolizuje” przestrzeń publiczną. W manifeście grupy (dostępnym na stroniehttp://www.deboulonneurs.org) wymienia się kolejne współzależne poziomy szkodliwości społecznej reklam, od ekonomii i mediów począwszy, na krzywdzie moralnej skończywszy. W państwie demokratycznym odpowiedzią na tę niesprawiedliwość jest powrót do idei społecznej odpowiedzialności.

Déboulonneurs wyznaczyli sobie prosty i jasno określony cel. Dążą do zmiany obowiązującego we Francji prawa i tym samym ograniczenia „gigantyzmu” i dysharmonii środowiska miejskiego (oraz wiejskiego), ledwie już widocznego pod nawarstwiającymi się wielkopłaszczyznowymi reklamami i panelami ogłoszeniowymi. Postulują, aby maksymalna wielkość reklamy wynosiła 2m², a ich dopuszczalna ilość obliczana była w zależności do liczby mieszkańców danego rejonu. Na pierwszy rzut oka, założenia dość utopijne; sami Déboulonneurs muszą być tego świadomi, skoro przyjętą przez nich metodą agitowania są partyzanckie akcje zdzierania lub zamalowywania billboardów. Oprócz tego organizują również pikiety oraz happeningi – wszystko, byle tylko zainteresować sobą media. Źródło inspiracji dla ich działalności stanowi idea obywatelskiego nieposłuszeństwa, wywiedziona od Henry’ego-Davida Thoreau, połączona ze specyficznie pojmowanymi hasłami biernego oporu – wedle argumentacji ideologów grupy, publiczne niszczenie reklam spełnia rolę w pełni uzasadnionej reakcji na bierność władz w tym zakresie.

Organizowane przez nich grupowe akcje zamalowywania billboardów nierzadko kończą się aresztowaniami. To młyn na wodę Déboulonneurs, każda forma rozgłosu przydaje im przecież nowych zwolenników, a zaistnienie w mediach (nawet jeśli przypadają im role przestępców) choć na kilka minut zwraca oczy opinii publicznej na istniejący problem. Aresztowania popularyzują ruch Déboulonneurs, prowokując póki co debaty, które być może przyczynią się wreszcie do podważenia istniejącego nieporządku. Ich działalność to ciekawy przykład zagospodarowania społecznego oburzenia, wzbudzająca zresztą szeroki odzew wśród francuskich obywateli. Sympatyk ugrupowania, na co dzień zatrudniony w przysłowiowej firmie (a więc osoba pozornie niekojarząca się z zapędami anarchizującymi), po godzinach pracy, nadal ubrany w garnitur, w drodze do domu wyciąga sprej i zamalowuje mijany na ulicy billboard – przyznać trzeba, że tworzy to niezwykle intrygujący obraz. Być może tego typu miejska partyzantka to następny krok na drodze do odzyskania przestrzeni publicznej, jeśli nawet nie przywrócenia jej symbolicznej „niewinności”, to przynajmniej wyrażenia sprzeciwu wobec zniekształcania krajobrazu miejskiego, galopującej komercjalizacji i deesetyzacji otoczenia. Jeśli bojkot marki H&M, niemrawo ogłaszany w internecie przez pojedynczych idealistów, wydaje się mało skuteczny, może czas przejść do ofensywy – cytując raz jeszcze manifest Déboulonneurs:Let’s stop talking about the news, let’s make the news.

 

Jędrzej Burszta – ukończył kulturoznawstwo w Instytucie Kultury Polskiej, studiuje amerykanistykę w OSA UW. Współpracuje z internetowymi portalami kulturalnymi, członek Stowarzyszenia Badawczo-Animacyjnego Flâneur.

 

Wydarzenia

Więcej

l>