Ta strona używa polityki Cookies (ciasteczek). polityka cookiesx

Akademia Sztuk Pięknych

Instytut Badań Przestrzeni Publicznej

Osiedla zamknięte to jedna z najkrytyczniej przyjmowanych koncepcji urbanistycznych ostatnich lat, a co istotniejsze, propozycja, która wyjątkowo wyraźnie oddzieliła teoretyków i praktyków, krytyków i mieszkańców gated communities.

Paradoksalnie, im więcej pisze się o negatywnych konotacjach zamkniętych wspólnot, tym więcej znajduje się chętnych do dobrowolnej izolacji – jak wiadomo, Warszawa ustanowiła swoisty rekord w postaci ponad dwustu tego typu kompleksów, liczba nieporównywalna z jakąkolwiek inną europejską stolicą.

Fenomen popularności osiedli diagnozowano na najróżniejsze sposoby; pisano o postępującej gettoizacji i fragmentaryzacji przestrzeni miejskiej, zasilaniu różnic społecznych – istniejących bądź wyobrażonych – i dalszej atomizacji społeczeństwa, elitaryzacji dzielącej tkankę miasta na przestrzeń uprzywilejowaną oraz stygmatyzowaną, do której dostęp reguluje zasobność portfela. Wprost mówi się o emocjach leżących u podstaw odgrodzonych osiedli: pogardzie i strachu, których odbicie stanowi zintegrowany system bezpieczeństwa, wewnętrzny mur oddzielający cywilizowane „miasto w mieście” od pierwotnej hordy okupującej ulice i chodniki. Oaza bezpieczeństwa zostaje zapewniona przez całodobowy monitoring, okratowania i odgrodzenia, szlabany, kody wejściowe i czujne oko profesjonalnego ochroniarza (dawniej zwanego cieciem). Osiedle zamknięte, spełniając warunki instytucji totalnej określone przez Ervinga Goffmana, wizualnie przypomina średniowieczny dystrykt przeciwstawiający się sile integrującej społeczeństwo miejskie – proponuje fikcję wspólnotowości ignorującej otaczającą zewsząd (ale niewidoczną zza ogrodzeń) rzeczywistość. To zachowawcza odpowiedź na różnorodność miasta, bastion potęgujący poczucie nieprzystawalności odmiennych doświadczeń „miejskości”, jakkolwiek by ją rozumieć i wartościować – osiedla zamknięte rządzą się własnymi prawami, ustanawiając się niejako ponad poziomem publicznego życia miasta, obiecując poczucie bezpieczeństwa, komfortu i wyjątkowości.

Rezydenci zamkniętych osiedli hołdują również specyficznie pojmowanemu gustowi estetycznemu. Razi ich pstrokacizna ulic, budynki oblepione billboardami i płoty pełniące funkcję słupów ogłoszeniowych, wszechobecny brud i nieład, skontrastowany z aseptyczną przestrzenią wewnętrznego podwórka osiedla zamkniętego. Izolowana wspólnota nie musi przejmować się składującymi się bez ładu śmieciami, o ich usuwanie dba bowiem administracja budynku – nawet jeśli sami śmiecą, albo gorzej, robi to któryś z sąsiadów, nie muszą zwracać na to uwagi. Otoczenie „estetyczne” oznacza otoczenie czyste i uporządkowane, sztucznie podtrzymywane, a jednocześnie zwalniające z odpowiedzialności. Takie podejście oznacza rezygnację z jakiejkolwiek działalności na rzecz miasta pojmowanego jako całość, w tym przestrzeń publiczna; sterylne wysepki otoczone ogrodzeniami zapewniają dobre samopoczucie, które przełamuje dopiero każdorazowe opuszczenie bezpiecznych murów. Życie w gated communityoznacza akceptację schizofrenicznego podziału na tu i tam, jakościowo odrębne, na „dobrą dzielnicę” i „złą dzielnicę”, umacnia swego rodzaju izolacjonizm świadomościowy lokatorów, separujących się od problemów toczących miasto. Osiedla zamknięte pod względem charakteru przypominają trochę miasta-sypialnie, spełniają ograniczony zakres funkcji miejskich, dzieląc codzienne życie na dwa okresy – bycia „tam”, na zewnątrz, gdzie toczy się życie (usługi, kontakty, rozrywki) i „tu”, w oswojonej przestrzeni pozbawionej właściwie jakichkolwiek właściwości, poza naturalnie zapewnianiem poczucia bezpieczeństwa. Koszt tego rozgraniczenia ponosi jednak otoczenie.

Właściciele mieszkań na osiedlach zamkniętych stają się przecież równocześnie pełnoprawnymi posiadaczami przestrzeni publicznej, pokawałkowanej zgodnie z wymaganiami i oddzielonej od reszty – niepotrzebnej, krępującej. Osiedla zamknięte prywatyzują sferę publiczną: przestrzeń zwyczajowo nie należąca do nikogo (bo współużytkowana przez wszystkich) staje się nagle własnością wybranej grupy. Nietrudno się domyślić – zresztą dowodzą tego pojawiające się co jakiś czas w mediach reportaże utrzymane w tonie skargi czy donosu – jak bardzo komplikuje to codzienne praktykowanie miasta. Metropolia podzielona na niedostępne wszystkim obszary ma wpływ nie tylko na mieszkańców osiedli zamkniętych (niekwestionowanych beneficjentów tego stanu rzeczy), ale przede wszystkim na ich sąsiadów „zza ogrodzenia”; stawiane bez uzgodnień płoty odcinają chodniki i przejścia pomiędzy blokowiskami, wprowadzają kłopotliwe utrudnienia komunikacyjne. Wybrańcy z zamkniętych „komun” chadzają prywatnymi ścieżkami, wykluczając z nich innych mieszkańców miasta, sfrustrowanych, że zmuszani są do wybierania nowych tras, modyfikowania taktyki przemieszczania się zgodnie z narzuconymi zakazami. Kurczy się przestrzeń publiczna rozumiana przeważnie jako nieodpłatna i powszechnie dostępna, zawłaszczana już nie tylko symbolicznie, ale fizycznie. Niechęć, strach nawet, przed obcymi – nie będącymi lokatorami odgrodzonej enklawy – umacnia poczucie alienacji, również pomiędzy współużytkownikami zamkniętego osiedla, będącego w istocie przestrzenią silnie odspołeczną. Zresztą, unikanie kontaktów z marginesem, a więc jeden z podstawowych (choć nigdy nie nazwanych wprost) powodów dla zamieszkania w osiedlowej twierdzy, wynika przecież z szerszego problemu, chęci unikania ludzi w ogóle, sprowadzenia wszelkich relacji międzyludzkich do najprostszych, operowanych rytuałem form (pozdrowienia, ukłony w windzie itp.), nie naruszających poczucia komfortu. Komfortu, który zapewnia życie w enklawie, w poczuciu désintéressement podzielanym przez najbliższe otoczenie.

Pozytywną wartością tego typu osiedla ma być jakoby silna wieź wytworzona pomiędzy sąsiadami. Wyobrażenie to o tyle śmiesznie roszczeniowe, co iluzoryczne, trudne do potraktowania poważnie. Usilna potrzeba stworzenia bezpiecznej „bańki środowiskowej” przyjmuje niekiedy karykaturalnie odwrócone oblicze, jak w przypadku jednego z krakowskich osiedli, do którego nie mogła dotrzeć wezwana karetka – stróżujący przy bramie (otwieranej pilotem) ochroniarz poszedł akurat na obchód, opóźniając przez to wkroczenie sanitariuszy do mieszkania. Dalej, proponowana przez deweloperów alternatywa – a więc naturalne poczucie wspólnoty zamieszkujących osiedle – żadną alternatywą nie jest, nadal przecież nie ma się pojęcia, kim jest mieszkający za ścianą sąsiad. Zgoda, wiadomo o nim jedno: ma pieniądze, stać go na drogi apartament, ale wcale nie oznacza to, że wraz z upływem czasu nie okaże się równie destrukcyjną i aspołeczną (sic) jednostką jak spotykana na ulicach warstwa niższa, nie mająca dostępu do osiedla. Nasz sąsiad, nawet jeśli współdzieli zamkniętą przestrzeń rezydencjalną, nadal stanowi potencjalne zagrożenie.

Krytykowanie idei osiedla zamkniętego, jak i – niejako siłą rzeczy – jego mieszkańców, wydaje się czymś oczywistym, tak łatwym, że aż prostackim. Reakcja na to może być różna, opierająca się zapewne o hasła-argumenty w stylu „Moje pieniądze, moja decyzja”. Na pierwszy rzut oka trudno z tym dyskutować. Sympatykom i obrońcom zjawiska gated communities zbyt często umyka jednak sedno problemu, właściwy powód, dla którego spotykają się z tak przeważającą i zazwyczaj ostrą krytyką, jeśli nie potępieniem. Wiąże się to z poczuciem współodpowiedzialności za wspólną przestrzeń miejską, ideą dość abstrakcyjną; wyrywając kawały przestrzeni dotychczas publicznej, w dodatku w tak wielkim zakresie, paraliżuje się nie tylko organizację codziennego życia, ale blokuje rozwój miasta. Pozorna elitarność (przy dwustu takich obiektach na terenie Warszawy trudno nadal mówić o wyjątkowości) osiedli zamkniętych tym bardziej umacnia urbanistyczny niedowład polskich miast, przyczynia się do nieuregulowanych „wyskoków” architektonicznych, zupełnie nie komponujących się z całością otoczenia, ale za to wykorzystujących i adaptujących zastane warunki. To, czego tak nie cierpią mieszkańcy osiedli chronionych („brzydota miasta”) staje się mimowolnie częścią ich spadku, w ten sposób umacniając kolejne jeszcze podziały, w tym wypadku na gruncie architektonicznym. Co więcej, prawem mimikry sąsiadujące osiedla, dotąd „otwarte” na miasto, biorą przykład z ekskluzywnych osiedli chronionych i zostają przekształcone w mechanicznie odtwarzane imitacje tychże, odgrodzone identycznymi płotami i szlabanami (często stawianymi bezprawnie), które podnoszą jakoby ich prestiż. Prowadzi to do absurdu – tym mocniej kolącego w oczy, im trudniejsze okazuje się manewrowanie po przestrzeni miejskiej, unikanie co rusz wyrastających na drodze płotów i murków, groźnie mruczących panów ochroniarzy, wszędobylskich obiektywów kamer monitoringowych; jeśli nawet brzmi to jak przesadnie cudaczna fantastyka naukowa, proces upodabniania się do siebie osiedli – zwyczajnych w zamknięte – staje się coraz bardziej widoczny. Elitarne enklawy w końcu spowszednieją, parodystycznie kopiowane przez zwykłe betonowe blokowiska, od których nie będą się już przesadnie różnić, aż wreszcie nie wiadomo będzie, kto się przed kim właściwie odgradza.

 

Jędrzej Burszta – ukończył kulturoznawstwo w Instytucie Kultury Polskiej, studiuje amerykanistykę w OSA UW. Współpracuje z internetowymi portalami kulturalnymi, członek Stowarzyszenia Badawczo-Animacyjnego Flâneur.

 

Wydarzenia

Więcej

l>

We use cookies. By browsing our site you agree to our use of cookies.Accept