Ta strona używa polityki Cookies (ciasteczek). polityka cookiesx

Akademia Sztuk Pięknych

Instytut Badań Przestrzeni Publicznej

„Stoję na balkonie, palę papierosa”, „balkon rozwalony na plac” a za mną „jama w betonie”.

Pierwsze słowa z piosenki, prymitywny tekst, ale zawsze wraca, kiedy mnie wygania do popielniczki na balkonowym parapecie. Dalej to już Białoszewski i Barańczak, którzy zdają się przypominać, że mimo upływu dekad niewiele się na blokowisku zmieniło. Tylko z wierzchu przybyło kolorów, wyrosły drzewa. Patrzę na ten zrealizowany projekt planisty z nerwicą natręctw okraszony farbami z wyprzedaży. Pistacje i pomarańcze, z odrobiną różu. Jak sen cukiernika zakochanego w bryłach. Na szczęście mam krajobraz, otwierający się na niebo widok z wyższej kondygnacji, rozległy park i bloki po przeciwnej stronie. W dali pola, już niedługo, deweloperzy zadbali o usianie i tej przestrzeni enklawami jednorodzinności. Gdzie tu sztuka, kultura? Nieliczni graficiarze chowają się w przejściach między podwórkami, na szybcika okraszając je swoimi obrazami. Na światło dzienne blokowej ściany mają odwagę wyjść jedynie kibice, wyrażając swoje fascynacje na wprost mojego oka wielkim „Legia Jihad”. Oczywiście istnieje tu przestrzeń wypowiedzi dla młodych artystów, zepchnięta do Fortów Bema, na obrzeża, między drzewa, z daleka od bloków.

Czy za estetykę blokowiska winę ponosi władza? Pośrednio. Burmistrz Bemowa dba o spełnianie zachcianek mieszkańców równie ochoczo, co o własną promocję. Tak jak na okładce oficjalnego organu ratusza „Bemowo News” świecą jego zęby obramowane opaloną twarzą, tak i potrzeby mieszkańców są spełniane. Kultura przypomina tu dwustumetrowy pawilon handlowy na mojej ulicy, elewacja pomalowana na pięć kolorów, upstrzona 26 szyldami i reklamami, każdy w innym formacie i na innej wysokości. Oferta kulturalna dzielnicy skacze między wystawą fotografii „Podlaskie Wiatraki”, wystawieniem repliki filmowego misia Barei a bemowskim Piknikiem Country. Żeby być bliżej młodzieży daje się jej głos na Bemowo Urban Festival, zdominowanym przez miejskich, hip-hopowych wyjadaczy. 

 

Soliści na elewacje

Był taki dzień, kiedy w ogarnianą z balkonu przestrzeń wkroczyło inne, niespodziewane, rzadkie. Z pobliskiego amfiteatru, dumy burmistrza, rozległy się operowe głosy. Niosło je aż do zgiełku Górczewskiej. To starania ratusza o przybliżenie nam kultury wysokiej, zachowanie równowagi w potrzebach mieszkańców. Podobnie zaskakujące były bemowskie wieczory z Warsaw Summer Jazz, obcowanie z dźwiękami obcymi blokom przy prawie pustej widowni, to doświadczenie szczególne dla każdego introwertyka. Wracając do klasycznych śpiewaków, stałem i słuchałem wyjątkowej akustyki. Baryton, tenor, kontratenor i bas rozlewały się po parkowej przestrzeni i odbijały echem wśród osiedlowych klocków. Jeśli edukacja kulturalna zatrzymała się tutaj na etapie domu kultury, a ataki plastyków na blokowe ściany ukróca zapas pistacjowej farby, to przecież dźwięk mógłby odmienić przestrzeń, zamiast namacalnych śladów pozostawiając po sobie jedynie te w psychice. Od dźwięku zacząłbym reedukację typowego mieszkańca muzycznie szkolonego na festynach gwiazd i w piwnych ogródkach. Inspiracji dostarcza szwedzki film „Nieściszalni”i o grupie muzyków działających niczym Tyler Durden z „Podziemnego kręgu”ii. Wkraczają oni w wielkomiejską przestrzeń dokonując niemal terrorystycznych ataków na typowe jej elementy, wyciskając z nich dźwięk. Tworzą swoją symfonię, której kolejne akty odtwarzane są w coraz bardziej zaskakujących lokalizacjach. Startują z perkusją w samochodzie za rytmiczne tło obierając dźwięki z pogranicza opon i nawierzchni. W szpitalu typowe pikanie i skrzeczenie aparatury operacyjnej uzupełniają walory akustyczne ludzkiego podbrzusza. W banku to stemple i szelest niszczonych pieniędzy zaskakują oniemiałych słuchaczy. Ale finał tego wyjątkowego koncertu to „zagranie na mieście”. Strunami stają się przewody wysokiego napięcia a rytm wyznacza reakcja urządzeń elektrycznych na skoki energii.

Oczywiście skala przedsięwzięcia jest jedynie filmowa, bo w rzeczywistości ogrom zniszczeń pchnąłby muzycznych terrorystów pod topór szwedzkiej sprawiedliwości. Ale i blokowisko mogłoby sobie pozwolić na atak zgranych muzyków. Metalowa elewacja najniższych bloków dostarcza wyjątkowych doznań słuchowych, przekonałem się o tym już w podstawówce. Blaszane daszki śmietników to dodatkowy element urozmaicający koncert. Zresztą odpowiednio zgrane przedsięwzięcie mogłoby wykorzystać i utrapienie mieszkańców – ścigacze bez tłumików, i syreny alarmowe, sobotnie orgie wiertarek czy czyszczenie przewodów zsypowych. Rozkład jazdy tramwajów wszedłby do partytury. Filmowi słuchacze miejskiego koncertu z „Nieściszalnych” byli zdziwieni, ale zainteresowani, zapewne w niejednej głowie otworzyło się okienko na nietypowe doznania.

Wspomniany Durden atakował pojedyncze jednostki zmieniając ich zastałe spojrzenie na rzeczywistość, brutalnie budząc umysły. Szwedzcy muzycy zaczęli od gwałtu na przestrzeni prywatnej, w krótkometrażowym obrazie „Muzyka na jeden lokal i sześć perkusji”iii(http://www.youtube.com/watch?v=yQddk3zN3zQ&feature=related) wkraczając do mieszkania opuszczonego przez parę staruszków. Zagrali w nim na przedmiotach życia codziennego wykorzystując zarówno szczoteczki do zębów, jak i sedes czy kuchenny mikser. To techniki znane od lat i uprawiane choćby przez niemiecką grupę Einsturzende Neubauten, ale partyzancko zrealizowane w betonowej przestrzeni, ożywczo wpłynęłyby na mieszczańską świadomość. Wzbudziłyby zdziwienie, oburzenie i sprzeciw większości, ale i fascynację garstki, spragnionej kolejnych ataków muzycznego podziemia. Dźwiękowy „culture jamming”, podobnie jak jego uspołeczniający odpowiednik uprawiany przez bohatera „Podziemnego kręgu”, dołączyłby do reklamowych przekształceń artystów adbustingu, którzy na peryferiach stolicy znaleźliby sporo materiału do pracy.

Idea i festyn

„Jeśli działamy jako artyści w tej przestrzeni, to pracujemy już wewnątrz przestrzeni, która jest dziełem sztuki”iv wspomina Krzysztof Wodiczko. „Straszne jest to milczące porozumienie, ta «normalność»”v mówi Joanna Rajkowska. Problem z typowym mieszkańcem, widzem i słuchaczem polega na tym, że nie patrzy on z perspektywy artysty, w codziennej przestrzeni nie widzi sztuki. Z kolei artysta buntując się przeciw niewygodnej „normalności” często zapomina, że aby dotrzeć do odbiorcy musi, choć trochę się do niego zniżyć. Brutalne wejście sztuki w znaną przestrzeń powinno posiadać element zrozumiały dla odbiorcy. Rytm i melodia przebijające się przez rozpoznawalną kawalkadę dźwięków są jak uniwersalny język klarujący się z bełkotu. Podobnie adbusting bazujący na opatrzonym materiale reklamowym zmieniając jego znaczenie zmusza do myślenia. Palma Rajkowskiej stała się jednym ze stałych elementów krajobrazu stolicy, ale niewielu przechodniów rozmyśla nad odniesieniem do Jerozolimy proponowanym przez artystkę, dla nich to tylko „zajebisty pomysł”, „ciekawe urozmaicenie”, pocztówka z Warszawy.

Wróćmy na Bemowo. Większość mieszkańców pytanych o życie w betonie jest zadowolona, chce tu zostać. Dlaczego? Oczywiście bliskość centrów handlowych, fajne koncerty za darmo i w pół godziny na Bankowy wystarczy. Zmiany nie są potrzebne. Wszyscy są szczęśliwi. Kultura jest w kinie, na koncercie i w internecie. Darmowej rozrywki nasi mieszczanie wymagają przyzwyczajeni wiekową tradycją, „bale publiczne upowszechniły się w Warszawie za panowania Augusta III; przedtem bale wyprawiały jedynie sfery wyższe i bawiły się na nich we własnym elitarnym kręgu. «Reduty w początkach samym tylko panom znajome, poczęły zwabiać do siebie i pospólstwo» – pisze Kitowicz. W związku ze zwiększonym zainteresowaniem zaczęto urządzać je dość często i już nie w jednym (…) ale w kilku punktach miasta. «Żeby się do sytości tą zabawą ludzie nacieszyli, przydano redutom więcej dni, więc bywały w niedzielę, poniedziałek, we wtorek, w środę i czwartek; ledwo sobie swawolnicy dali czasu do wytchnienia przez piątek i sobotę»”.vi Tak i dzisiaj każdy dzień jest dobry na osiedlowy festyn, ratusz wychodzi naprzeciw potrzebom mieszkańców.

Neal Gabler alarmował w sierpniowym „The New York Times’ie”: – “Żyjemy w wychwalanym wieku informacji. Dzięki Internetowi mamy natychmiastowy dostęp do wszystkiego, co ktokolwiek chciałby wiedzieć (…). I tu leży pies pogrzebany. W przeszłości gromadziliśmy informacje nie tylko po to, by zdobyć wiedzę. To był dopiero początek. Gromadziliśmy informacje również po to, by je przekształcać w coś wartościowszego niż fakty i bardziej użytecznego – w idee, które pożytkowały informacje. Usiłowaliśmy nie tylko poznać świat, ale naprawdę go zrozumieć – oto najważniejsza funkcja idei”vii. Ten kryzys widać też w osiedlowym laboratorium. Mieszkaniec może i wie, co się dzieje na mieście, chłonie podawane na tacy informacje i popularne teksty kultury, ale nie umie samodzielnie myśleć. Akceptuje pastelową przestrzeń. Był na koncercie Dody w bemowskim amfiteatrze i może zajrzy na globtroterską pogadankę w domu kultury, posłucha nawet tenorów, bo „ze sztuką trzeba obcować”. Ale brak samodzielnego myślenia i potrzeby analizy powoduje, że nie ma ochoty na więcej ponad popularne propozycje dzielnicy. Odpowiednio ukierunkowany atak na skostniałe postrzeganie przestrzeni może obudzić i wyzwolić potrzebę „czegoś więcej” – myślenia, idei.

Piotr Jezierski – warszawiak urodzony na Woli. Rocznik 1978. Żyje z pisania i realizacyjnych romansów z telewizją. Zainteresowany wątkami fabularnymi w kulturze współczesnej rozgląda się też po przestrzeni miejskiej. Spełnia się jako eseista i prozaik. Kulturoznawca, doktorant na ISD w SWPS.

 

i Nieściszalni (Sound of Noise), scen. i reż.: Ola Simonsson, Johannes Stjärne Nilsson, Francja/Szwecja 2010.

ii Podziemny krąg (Faith Club), scen. Jim Uhls, reż. David Fincher, USA/Niemcy 1999.

iii Muzyka na jeden lokal i sześć perkusji (Music for One Apartment and Six Drummers), scen. i reż.: Ola Simonsson, Johannes Stjärne Nilsson, Szwecja 2001.

iv Krzysztof Wodiczko Przyrządy, projekcje, pomniki w Maria Anna Potocka (red.) Publiczna przestrzeń dla sztuki? Bunkier Sztuki/inter esse/Triton Verlag Kraków/Wiedeń 2002 s. 44.

v Artur Żmijewski Drżące ciała. Rozmowy z artystami, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, s. 306.

vi Stanisław Milewski Intymne życie niegdysiejszej Warszawy, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2008, s. 31.

vii Neal Gabler Koniec świata idei „The New York Times” 5.08.2001 za “Forum” 12–18.09.2011, s. 19.

 

Wydarzenia

Więcej

l>

We use cookies. By browsing our site you agree to our use of cookies.Accept