Ta strona używa polityki Cookies (ciasteczek). polityka cookiesx

Akademia Sztuk Pięknych

Instytut Badań Przestrzeni Publicznej

Było zimno, kiedy kilka tygodni temu znalazłem się wczesnym popołudniem na placu Unii Lubelskiej.

Miałem przed sobą kilka godzin nieróbstwa, które najlepiej było rozpocząć od kawy okraszonej papierosem. Oczywiście ten zestaw najlepiej pasuje w odpowiedniej atmosferze, w lokalu gdzie oprócz zadowolonych młodych ludzi siedzi też trochę wąsatych dziadków i zasuszonych dam. Ruszyłem w stronę Centrum odkrywając kilka nowych lokali zaprojektowanych z myślą o klimacie stolicy. Ale było to jedynie nawiązanie, do otrzymania tej unikalnej atmosfery spożycia potrzeba jeszcze lat i klienteli, która pamięta, co tu było przedtem.

Potrzeba

Idąc Marszałkowską musiałem powoli rezygnować z idealnej scenerii kofeinowej przyjemności. Klienci większości mijanych kawiarni wydawali się wybierać miejsce porannego spotkania nie kierując się jego duchem, a pozycją w nieoficjalnym rankingu popularności. Duże okna ułatwiały ich rozpoznanie z zewnątrz. Łatwo w ten sposób zebrać dodatkowe jednostki do stada, ale też podkreślić swoją obecność w miejscu stworzonym dla autopromocji.

Drugim elementem, z którym już miałem się pożegnać, była możliwość zapalenia papierosa. Był to jeden z pierwszych dni po przegranej potyczce z nałogiem. Palenie jeszcze nie było nawykiem podobnym do oddychania, ale momentem celebracji dymu i wyjątkowej chwili. Wałęsając się nie musiałem jeszcze palić, dymek miał być nagrodą za minuty poszukiwań odpowiedniego miejsca.

Zrezygnowany zbliżałem się już do placu Zbawiciela. Przez myśl przeszła mi podróż na Nowy Świat, do Amatorskiej, gdzie kabina dla palących stygmatyzuje klienta z fajkiem, albo metro i przystanek piechotą do Paragrafu, posiadającego salę dla palących, miejsca, w którym moi rodzice trzydzieści lat temu opijali rozwód. Stanąłem przy kościele i doznałem olśnienia – Corso. Miejsce, w którym nigdy się nie zadomowiłem. Położenie między Śródmieściem a Mokotowem czyniło z tego lokalu miejsce przejściowe. Piło się tam kiedyś jedno piwo, setkę wódki i szło dalej na spotkanie, imprezę, do kina Luna.

Żródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Plac_zbawiciela_corso.jpg

Spełnienie

Wszedłem do lokalu (jego barowo-restauracyjnej części, a nie cukierni na samym rogu) i już na wejściu zaatakowała mnie chmura dymu, dobry znak. Popielniczki przy każdym stoliku. Połowa sali zajęta, głównie przez spożywających obiady emerytów (zupa + drugie danie – 13.00 zł.), popijających je stosownymi do potraw alkoholami. Nad barem nadawał głośno telewizor, ale kiedy usiadłem i zamówiłem kawę, zlał mi się z rozmowami klientów. W kakofonii łatwiej jest mi się wyłączyć, sam dźwięk stacji muzycznej ściągałby oko do monitora, a rozmowy włączyłyby podsłuch. Miejsce idealne, biorąc pod uwagę moje wymagania. Zapaliłem papierosa, wyciągnąłem gazetę i zaraz doczekałem się naparu przyniesionego przez młodą kelnerkę, której uroda kłóciła się z ze zmęczonymi twarzami klienteli i klasycznym wystrojem sali.

Wcale nie wróciły wspomnienia mojej bytności tu przed laty, raczej otwierałem nowy rozdział, znalazłem lokal o tak rzadkim dziś klimacie, w którym ściana za barem niesie liczne obietnice, można w nim bezwstydnie palić i jeszcze, jak podejrzałem na pobliskim stoliku, konkretnie zjeść.

Wróciłem kilka dni później z przyjacielem, który rzadko odwiedza kraj, a kiedy już zjawi się w stolicy, chce szybko wypić w atmosferze, która kojarzy się z dzieciństwem. On też oczywiście znał Corso sprzed lat i ucieszył go brak zmian na Zbawiciela. Wieczorna pora przyniosła tu grupkę będącą w wieku naszych ojców, a nie dziadków. Nalane towarzystwo oddawało się śpiewnemu ucztowaniu. Telewizor przyciszono. Wódka niechrzczona i wszechobecny dym. Uśmiechnięte twarze ludzi, którzy bawią się tu od dziesięcioleci i nie porzucą ulubionego lokalu tylko dlatego, że przeszła na niego moda. Właściwie moda omija takie miejsca, oczyszczając ją ze spożywczych turystów przemieszczających się po warszawskich barach w drodze do bardziej statecznego życia. Tu się je i pije to samo od sześćdziesięciu lat. Kawa jest z mlekiem albo czarna. Nie wpadnie tu żądny pogłosu aktor jednej roli, za to zdarzało mi się spotkać Andrzeja Rosiewicza bez muchy czy sączącego kawę Bronisława Pawlika. Teraz spokojniej, bo twarze mniej znane.

Nawiązanie

Trzecie wejście miałem dziś rano. W humorze nienajlepszym szukałem miejsca do przeczekania dwóch godzin w oczekiwaniu na dosyć trudne spotkanie. Pokonałem drogę z Dworca Centralnego mijając w większości zamknięte lokale. Godzina była 11, kiedy dotarłem pod Corso, przed chwilą otwarte. Okazałem się być pierwszym dzisiaj klientem. Barman o zmęczonej, charakternej twarzy, polecił czekać na kelnerkę przy stoliku. Rozkoszował się nadawaną w telewizji wiązanką Polo TV. Pomyślałem, że przy tych rytmach wytrzymam najwyżej jedną kawę i będę musiał szukać innego schronienia na wyjęte z życia godziny. Dostałem napój i zacząłem czytać. Doszedł jeden klient, a ja coraz bardziej zanurzałem się w lekturze zapominając o rytmicznych przyśpiewkach. Kilka ostatnich miesięcy spędziłem szukając kryminału, który spełniałby moje, dosyć proste, wymagania. W miarę spokojnej, współczesnej historii, z przekonującym bohaterem i starym miejskim molochem w tle. Znalazłem „Kaskady” Iana Rankina (Zysk i S-ka, Poznań 2004). Detektyw John Rebus, chwiejnym często krokiem, przemierza deszczowy Edynburg. Szuka w tym mieście czegoś, co chyba już zaczyna odchodzić. Tego samego, co ja w warszawskich lokalach. Akurat wtedy, zapominając o bożym świecie w Corso, natrafiłem na stosowny fragment u Rankina, rozmowę prowadzoną przez Rebusa z przyjaciółką, która zaprosiła go do lokalu o niewygodnej dla niego klasie:

– Jeszcze jednego? – spytał.

Potrząsnęła głową i rozejrzała się.

– Czuję, że to nie jest twój ulubiony typ lokalu.

– Tak myślisz? A jaki jest mój ulubiony?

– Sądzę, że czujesz się znacznie lepiej w małych, zadymionych knajpkach, gdzie pełno jest facetów pokrzywdzonych przez los.

Proste, typowe dla zalkoholizowanych detektywów, ale coś w tym jest, w poszukiwaniu gęb, za którymi kryją się prawdziwe historie, a nie dramatyczne decyzje – latte czy macchiato.

Wieczór pisania tego tekstu przyniósł wiadomość o śmierci mojego kolegi z pracy, myślę że Tadkowi Kozłowskiemu miejsca takie jak Corso były bliskie, dlatego też jemu powyższe słowa dedykuję.

 

Piotr Jezierski – warszawiak urodzony na Woli. Rocznik 1978. Żyje z pisania i realizacyjnych romansów z telewizją. Zainteresowany wątkami fabularnymi w kulturze współczesnej rozgląda się też po przestrzeni miejskiej. Spełnia się jako eseista i prozaik. Kulturoznawca, doktorant na ISD w SWPS

 

Wydarzenia

Więcej

l>

We use cookies. By browsing our site you agree to our use of cookies.Accept