Ta strona używa polityki Cookies (ciasteczek). polityka cookiesx

Akademia Sztuk Pięknych

Instytut Badań Przestrzeni Publicznej

Nawet przyjezdni wiedzą, że Praga ma swoją chuligańską legendę.

Większość formujących się tu grup młodzieżowych miała łobuzerski sznyt. Również chłopaki z boiska po jakimś czasie zaczynają zaznaczać granice swojego terytorium i to nie od dzisiaj. Zapraszam na małą wyprawę w lata 60’ okraszoną fragmentami rozmów z reprezentantem takiej praskiej subkultury.

 

Sportowa kariera

Powojenny Kamionek w pierwszych dekadach PRL-u zachował swój przedwojenny, robotniczy charakter, mimo że do grupy starych mieszkańców dołączyli przyjezdni z całego kraju. Miejscowe fabryki poszukiwały pracowników z ukierunkowanym wykształceniem. Właśnie na skutek takiej polityki władz
w Warszawie znalazła się rodzina naszego bohatera. Darka przywieziono do stolicy w 1951 roku, kiedy miał zaledwie dwa lata. Jego ojciec znalazł zatrudnienie na Mińskiej. Rodzinę zakwaterowano w biurowcu, przerobionym na dom mieszkalny. Budynek zajęli niemal wyłącznie przyjezdni pracownicy, którzy szybko zintegrowali się z resztą praskiego osiedla.

Kilkuletni Darek przyjaźnił się głównie z kolegami ze swojej kamienicy, do czasu, kiedy miejscowe władze, ukierunkowując młodzieńczą energię, zorganizowały podwórkową ligę piłki nożnej. Jak sam wspomina – coś żeśmy stworzyli. Nawet dość wysoko żeśmy zawsze zachodzili. Nigdy nie wygraliśmy żadnego turnieju, ale byliśmy tam. Trzecie, czwarte miejsce. 1 maj jak się zbliżał, flagi znikały. No, bo Jurek z tym…, chodzili i ściągali, moja matka jeszcze z Dybysławską z flag szyły nam majtki
i podkoszulki. Na stadionie X-lecia były turnieje kiedyś organizowane. Dzikich drużyn się nazywały. Na „Orle”i też były organizowane, takie miejscowe na Pradze. Na stadionie X-lecia były zorganizowane tak zwane czwartki lekkoatletyczne, gdzie młodzież niezorganizowana mogła sobie skakać, biegać i rzucać. Tam wyławiali talenty. A potem jak już starsi byliśmy, to na stadionie, jak były wianki, żeśmy chodzili, alpagi się stawiało na mecie. To był bieg na sto metrów, kto pierwszy dobiegł, ten zdobywał alpagę. 
Właśnie w obrębie ówczesnych drużyn zaczęły się formować przyjaźnie, które później wiązały się
w łobuzerskie paczki. Zaobserwujmy ciekawy proces – władze powoływały kluby piłkarskie, żeby zająć czymś dzieciaki z robotniczych osiedli, a w rezultacie doprowadziły do zawiązania się w „drużynowych strukturach” łobuzerskich grup. Wychowawcza rola sportu zawiodła inicjatorów.

Szacunek

Wróćmy do naszego bohatera, który jako nastolatek był już członkiem młodzieżowej bandy. Integracyjną rolę stanowił tu sam Kamionek, który nazywano „trójkątem bermudzkim” (i dziś zdarza się to porównanie). Darek pamięta, że kiedy na terenie dzielnicy pojawiał się ktoś obcy,nie można było odpuścić. Chyba, że miał kogoś znajomego, to był chroniony wtedy. Na Kamionek nie można było ot tak sobie wejść. Byliśmy pierwszą dzielnicą za wiaduktem. Praga Północ, Praga Południe, co innego było.
A Kamionek był jeden z najbardziej znanych. (…) Mieszkaliśmy nie w Warszawie, a na Pradze. Jak ktoś jechał do Warszawy to musiał most przekroczyć i Wisłę. My żeśmy się nie nazywali Warszawą, do Warszawy żeśmy jeździli.

Na Kamionku pierwszorzędne znaczenie miało zamieszkanie. Chłopaki różnili się od siebie zainteresowaniami i stosunkiem do nauk wyniesionych z domu, ale łączyło ich miejsce. Razem żeśmy mieszkali w tym okręgu, razem żeśmy się trzymali, gdzieś jak żeśmy jechali, to razem. Jak przekroczyliśmy wiadukt, to już byliśmy na Pradze Północ. To już nie była nasza dzielnica. No to jak tam poszliśmy, kiedyś, jak walki się zaczęły, no to całą bandą, ponieważ tamtych było więcej, no to musieliśmy spieprzać. Jak nas pogonili w pierwszym momencie mieliśmy przewagę, no to ich poturbowaliśmy. Ale potem musieliśmy uciekać, więc uciekaliśmy. Zablokowali nam wejście. Ja wpadłem w te podwórka, gdzieś tam do końca, na piętro się dostałem, tu od Targowej i potem skakałem po dachach. Skakałem, aż się znalazłem na Brzeskiej. Gdzieś tam w końcu na Brzeskiej klapę mi się udało oderwać i zszedłem sobie na dół. (…) No i uciekłem im. Inni też jakoś uciekli. Spotkaliśmy się za godzinę u nas, żywi i zdrowi. To było chyba normalne.

Jak widać z sąsiednimi dzielnicami utrzymywano raczej napięte stosunki. Dochodziło do częstych burd, szczególnie, kiedy zbyt liczna grupa z Kamionka weszła na cudzy teren. Były jednak wyjątki: – Muszę powiedzieć, że jak na Czerniaków pojechaliśmy, przyjechał Kamionek, to nas szanowali. Mimo, że to była druga strona Wisły. To tak, przyjechał Kamionek, ale układ był, bo tam była karuzela i wesołe miasteczko. To wtedy wszystko gra, z Kamionkiem nie walczymy… Skąd akceptacja grupy po drugiej stronie Wisły? Czyżby legenda cwaniackiego Czerniakowa, ugruntowana przez Grzesiuka, przypominała historie, jakie krążyły na temat Kamionka, dzielnicy, gdzie równie aktywnie działał półświatek? Kamionek bardzo podskoczył w cwaniackich notowaniach po tym, jak właśnie tam, w 1955 roku, Jerzy Paramonow zakończył swoją zbójecką eskapadę po Polsce.ii

Właśnie przywiązanie do terenu, na którym chłopcy „rządzili”, przybliża tę grupę do gangu. Mimo, że przykładali mniej uwagi do wyróżniających ich barw i oryginalnej nazwy, to chcieli być postrzegani, jako odrębne plemię. Zatargi z sąsiadami służyły do zaznaczenia granic własnego terenu oraz pokazania, że są przeciw innym grupom o podobnej strukturze i motywacji.

Sztama

Po sąsiedzku mieszkały też społeczności, z którymi nie wchodziło się na wojenną ścieżkę. Chłopcy szczególnie cenili sobie przyjaźń z Romami. Kamionek z Cyganami trzymał sztamę – wspomina Darek. – Bardzo często żeśmy do nich chodzili na zabawy. Wielu Cyganów zresztą się potem na Kamionku osiedliło. Oni kiedyś nad tą strugą mieszkali przy pętli i tam mieli namioty rozbite, wozy tam mieli. My żeśmy do nich chodzili i my żeśmy nie byli przez Cyganów ruszani. Kto był z Kamionka, to nie był ruszany przez nich, nic. My żeśmy się nawet przyjaźnili tam z kilkoma rodzinami. Paru z nas było tam zapoznanych na poziomie osobistym. Znajomość z tą społecznością wiązała się zapewne z aktualnym jeszcze w latach sześćdziesiątych, nieco romantycznym obrazem Romów. Otaczała ich aura wolności. Chłopaków z Kamionka pociągały dziewczyny o egzotycznej urodzie, imponował temperament Cyganów i odmienny, niemal plemienny, system praw.

Przywileje

Nasz bohater był wyjątkowym członkiem paczki. Jako jedyny przykładał się do nauki. Mimo to nie spotkał się z syndromem wykluczenia. Nikt w grupie nie umniejszał jego wartości i nie wypominał mu ambicji. Co więcej, Darek wykorzystywał swoje umiejętności do utrzymania pozycji, udzielając kolegom korepetycji. W zamian, w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia, brano go pod skrzydła. Jak sam wspomina: – ja jedyny z całej bandy zrobiłem maturę… i mnie chronili. Gdzie na zabawę nie poszliśmy, to jak ktoś do mnie chciał startować to oni – nie, ty nie. A jeszcze potem na studia jak zdałem, to – ty nie, ty nie będziesz walczyć – oni za mnie.Oczywiście nie zawsze udawało się uniknąć bijatyki, a w trudnych sytuacjach grupa sprawnie reagowała poszukując winnych ataku na jej członka. Darek opowiedział mi
o zajściu, do którego doszło na ulicy: – ktoś mnie żyletką trzasnął tu pod uchem. Krew mi się lała, ale na razie nie czułem. Poszliśmy grać w brydża, a ja tak patrzę, koszula biała jest czerwona. Jak żeśmy się wszyscy zerwali, bo pamiętaliśmy, kto to był…, żeśmy ich dogonili na Grochowskiej, przy weterynarii, no
i faceci zdębieli, bo za dużo osób było. Zaczęli zatrzymywać taksówki, samochody, bo chcieli uciec. Nie uciekli. Zatrzymali taksówkę, weszli do niej, ale już z niej nie wyszli. Chłopaki po prostu dali im czadu, trochę za tą żyletkę moją.

Chuligani i wdechowcy

Grupę, w której działał Darek, tylko roboczo nazwałem gangiem. Czesław Czapów i Stanisław Manturzewski w „Niebezpiecznych ulicach” opisali gangi działające w Polsce prawie dekadę przed przygodami naszego bohatera. Znalazł się w niej opis typowej grupy chuliganów, do której paczka Darka nie przystaje. Ale ci sami autorzy przychodzą z pomocą wprowadzając pojęcie „chuliganizacji zaczątkowej”. Ci, do których przypinają tę łatkę, potrafili rozrabiać i hucznie się bawić, ale w mniej gangsterski sposób. Powołując się na słownictwo młodzieży Czapów i Manturzewski nazwali ich „wdechowcami”. Młodzież ta jest na ogół bezideowa, nie ma żadnych zainteresowań, nie uznaje żadnych autorytetów, nie ma dla niej nic „świętego.” Nie szanuje starszych, rodziców i nauczycieli. (…) Wdechowiec – podobnie jak wymierający bikiniarz (…) – może być rozpatrywany, jako chuligan „oswojony”, kompromisowy, dopasowany do społeczeństwa – informują autorzy „Niebezpiecznych ulic”. Już po chwili rozwijają charakterystykę grupy porównując ją do chuliganów: – Wdechowcy żyją również
w paczkach, trochę podobnie rekrutowanych jak chuligańskie. Są one jednak zwykle bez porównania bardziej sypkie, luźne i nie tak liczne (…), a w każdym razie nigdy nie mają feudalnej struktury. (…) Wdechowiec spędza w paczce stosunkowo mniej czasu niż chuligan, w ogóle jest mniej wykolejony. Miejscem spotkań wdechowców są niekoniecznie rogi ulic czy ruiny, często po prostu są nimi mieszkania 
prywatne, stadion, szkoła, park, kino itp. (…) Co ich powstrzymuje w takim razie od chuligaństwa? – pytają autorzy. – Jedni są zbyt rozsądni, chcą skończyć z dobrą opinią szkołę i dostać się na wyższą uczelnię lub mają absorbujące zainteresowania. Innym przeszkadza rygor domowy, wychowanie, jeszcze innych peszy po prostu twarde chuligańskie życie, są za słabi, za delikatni. (…) Wśród aktywu wdechowego spotykamy niepokojąco wysoki procent dzieci przodowników pracy, dyrektorów z awansu społecznego, luminarzy życia kulturalnego. Szczególnie jaskrawe objawy wdechowości spotykamy
w rodzinach «inteligenckich oportunistów».

Czapów i Manturzewski straszą zagrożeniem, jakim dla zdrowego socjalistycznego społeczeństwa mogła być postawa wdechowców. Chuligaństwo, jako swoista abstrakcyjna zabawa, jako sztuka dla sztuki, nie wpływa bezpośrednio na życie kraju. Wdechowcy natomiast bynajmniej z wpływu na to życie nie rezygnują, mają swoje plany i ambicje. Tutaj prognozy pokrywają się z życiem Darka, który po latach stał się zagrożeniem dla ustroju inwestując czas w działalność opozycyjną.

Jego grupa działała na Kamionku gdzieś pomiędzy czasem chuliganów opisanym w „Niebezpiecznych ulicach” a działalnością git-ludzi, dla których, jak pisze Krzysztof Masłoń w „Bananowym songu”, przestępstwa były rodzajem chrztu (i) potrafili bić do utraty przytomności jedynie za noszenie szerokich spodni. Wymienione formy gangów cechowało zamknięcie na odmienność i wymogi specyficznego zachowania, stroju czy języka. To cechy, które nie występowały w paczce Darka, żyjącej gdzieś na poboczu typowego chuligaństwa.

i Orzeł – warszawski klub sportowy im. Józefa Piłsudskiego, założony w 1922 roku.

ii Jerzy Paramonow (ur. 1931, zm. 21 listopada 1955) – sprawca pierwszego w powojennej historii Polski rozboju z bronią w ręku. Zabójstwo milicjanta i przedłużający się pościg uczyniły Paramonowa bohaterem ulicznych piosenek. Schwytano go 2 października w stogu siana przy Dworcu Wschodnim (choć według niektórych mieszkańców Kamionka, miało to miejsce na ulicy Mińskiej).

Bibliografia:

C. Czapów, S. Manturzewski Niebezpieczne ulice, Warszawa 1960.
K. Masłoń Bananowy song, Warszawa 2006.

Piotr Jezierski – warszawiak urodzony na Woli. Rocznik 1978. Żyje z pisania i realizacyjnych romansów
z telewizją. Zainteresowany wątkami fabularnymi w kulturze współczesnej rozgląda się też po przestrzeni miejskiej. Spełnia się jako eseista i prozaik. Kulturoznawca, doktorant na ISD w SWPS

 

Wydarzenia

Więcej

l>